Dywanie, rozłóż się!
Przy wejściu do siedziby Agnelli widać regularny trawnik, który skrywa w sobie głównego bohatera historii: wełniany dywan, zakopany tu rok temu jako projekt w toku. Odkopany fragment nie przypomina już produktu z katalogu - włókna rozchodzą się w dłoniach, konstrukcja traci spójność, a ziemia przyjmuje materiał z zaskakującą łatwością.
Autor: IM
Zdjęcia: Materiały prasowe, Redakcja
Punktem wyjścia jest pytanie: co się stanie z dywanem za kilkanaście lat intensywnego użytkowania i co wydarzy się później, gdy przestanie być potrzebny. W branży, w której przez dekady przyzwyczailiśmy się do syntetycznych spodów, plastikowych włókien i klejów, które trwają dłużej niż gusta właścicieli, Agnella potraktowała odpowiedzialność za materiał dosłownie - od pochodzenia surowca po scenę końcową, czyli moment zniknięcia z powierzchni (a właściwie pod powierzchnią) ziemi.
Wełna, z którą pracuje, pochodzi z rynków, gdzie dobrostan zwierząt jest jednym z kluczowych kryteriów wyboru dostawców. Część kolekcji opiera się na paletach niebarwionej wełny, co ogranicza zużycie wody w procesie produkcji i eliminuje etap intensywnej chemicznej koloryzacji. To decyzje, które nie są widoczne w pierwszym kontakcie z dywanem, ale ustawiają cały projekt bliżej naturalnego obiegu niż przemysłowego wieku trwania.
Najciekawszy fragment tej opowieści kryje się jednak po stronie konstrukcji - tam, gdzie zazwyczaj pojawia się warstwa, której użytkownik na co dzień nie ogląda. W standardowych dywanach spód bywa wypełniony syntetyczną siatką, włóknami technicznymi i klejem, który daje stabilność, ale skutecznie blokuje jakąkolwiek formę naturalnego rozkładu. Tu tę część przebudowano od zera. Syntetyczne włókna zastąpiła juta i bawełna, czyli materiały roślinne o przewidywalnym zachowaniu w kontakcie z glebą. Z kolei syntetyczny klej został wymieniony na spoiwo na bazie kauczuku, dzięki czemu cała konstrukcja dywanu - od runa po spód - składa się z komponentów, które mogą wrócić do środowiska bez pozostawiania mikroplastiku. Kluczowe było zachowanie stabilności w codziennym użytkowaniu: dywan ma wytrzymać lata w salonie, a dopiero po zakończeniu eksploatacji wejść w zupełnie inny scenariusz - scenariusz rozkładu.
Aby sprawdzić, czy ten scenariusz jest czymś więcej niż teoretyczną deklaracją, rok temu dywan został zakopany na terenie firmowego ogrodu. Po dwunastu miesiącach wrócono do tego miejsca, by odkopać fragment i zobaczyć, na jakim etapie znajduje się materiał. Wynik? Struktura rwała się w rękach, włókna traciły ciągłość, a poszczególne warstwy konstrukcji zaczynały się rozpadać na elementy akceptowane przez glebę. Tempo tego procesu - biorąc pod uwagę, że minął zaledwie rok - jest zaskakująco wysokie i wskazuje, że przy odpowiednich warunkach dywan w przewidywalnym czasie powinien zniknąć bez negatywnego wpływu na otoczenie.
Z perspektywy projektowania wnętrz pojawia się tu ciekawy paradoks: dywan projektowany jest tak, by w domu przetrwał pokolenia, a jednocześnie ma w sobie wpisaną możliwość całkowitego zniknięcia. To przesuwa akcenty w myśleniu o obiektach - z trwałości rozumianej jako „na zawsze” w stronę trwałości odpowiedzialnej, która uwzględnia zarówno komfort użytkownika, jak i przyszły stan planety.
W praktyce nie zmienia się sposób obcowania z przedmiotem: to nadal ciężki, mięsisty wełniany dywan o czytelnej fakturze, przyjemny pod stopą i stabilny na podłodze. Zmienia się natomiast świadomość, że jego historia nie kończy się w momencie wywozu na śmietnik, lecz ma ciąg dalszy pod powierzchnią ziemi, gdzie jego materia wraca do obiegu.