Makaronowe PTSD, prostota i algorytmy. Mateo Zielonka opowiada o życiu w rytmie pronto!
Halo, halo, jesteśmy - tyle zostało z momentu, kiedy siadamy do rozmowy i jeszcze sprawdzamy mikrofony. Mateo mówi to spokojnie, ale żyje na wysokich obrotach: między londyńską kuchnią, domem na brytyjskiej wsi, ogrodem pełnym czosnku i szczypiorku, a milionową publicznością, która ogląda, jak miesza makaron.
Autor: IM
Zdjęcia: Matt Russell
Zdjęcie pochodzą z książki "Pasta, pronto!", ©Mateo Zielonka 2025
Od zmywaka do Pastamana
Gdyby nie wycieczka do Londynu, Pastaman być może dalej zmieniałby branże z prędkością, z jaką dziś zmienia kształty makaronu. Pracował już na budowie, w stomatologii, roznosił ulotki - bez wielkiego planu na siebie, bardziej z ciekawości niż z wizji kariery. Do pracy w kuchni trafił przypadkiem, odwiedzając przyjaciela. Kiedy zaproponowano mu zmywak, odpowiedział po prostu: „Dobra, zobaczmy co to będzie”.
Szokiem okazała się liczba godzin - sześćdziesiąt cztery, czasem osiemdziesiąt tygodniowo - ale w tym rytmie było coś, co go wciągnęło. Został. Trzynaście lat później ma trzy książki o makaronie, milionową publiczność w social mediach i status jednego z najbardziej rozpoznawalnych „pasta people” w sieci. Z dyslektyka, któremu w szkole mówiono, że „nic nie osiągnie”, stał się autorem trylogii; o polonistkach mówi dziś półżartem: „Pozdrawiam gorąco”.
Zupy zamiast ratatouille
Makaron, choć jest jego zawodowym znakiem rozpoznawczym, nie jest daniem dzieciństwa. Na słowo „makaron” reaguje w pierwszej chwili skrótem „PTSD”: wspomnieniem rozgotowanego makaronu zalewanego wodą, przypadkowo połączonego z sosem. Jego kulinarnym „ratatuj” są zupy i kluski: rosół z domowym makaronem dziadka, zupa pomidorowa, kopytka.
Zupy wracają dziś w jego kuchni jako coś więcej niż comfort food. W domu nie je mięsa, więc nauczył się budować wywar inaczej, gęsto od warzyw i przypraw, tak żeby smak był pełny bez kości i mięsnego tłuszczu. Jego partnerka jest Brytyjką, a on gotuje dla niej zupy inspirowane polską kuchnią, przetwarza klasykę: łazanki stają się makaronem z kapustą i kimchi, pomidorowa - punktem wyjścia do rozumienia „polskich smaków” w nowym kontekście.
Cucina povera, czyli makaron i życie
„Makarony są na całym świecie” – mówi prosto. To, co go interesuje, to ich przecięcia: pierogi i pasta z ziemniakami, łazanki i azjatyckie kiszonki, polskie zupy i włoskie kształty. Dla niego jedzenie powstaje nie z romantycznych zachwytów nad wschodem słońca, ale z pamięci smaków, spaceru po lesie, zapachu ziemi, dotyku produktów.
Mateo lubi dodatki, które są bardziej o teksturze niż o spektaklu: pan grattato z wysuszonego chleba, dobry ser (pecorino), zioła, oliwa, czosnek. Czosnek i cebula rosną w jego ogrodzie, a on mówi o tym jak o procesie, który się obserwuje, a nie tylko zużywa. W jego filozofii gotowania jest sporo „cucina povera”: nieważne, co masz w lodówce, z tego zawsze da się zrobić makaron. Czasem to tylko pasta z oliwą, parmezanem i świeżo zmielonym pieprzem - jeśli będzie domowe, będzie pyszne.
„Pasta, pronto!” i misja przeciwko słoikom
Trzecia książka, „Pasta, pronto!”, domyka makaronową trylogię. Dla Mateo to nie jest kolejny projekt do odhaczenia, lecz moment, w którym może powiedzieć: „wystarczy” – i przenieść energię w stronę platform online, zamiast w kolejne tomy. Mówi wprost, że jest z siebie dumny, bo jako dyslektyk przełamał scenariusz, który podsuwali mu nauczyciele.
Najważniejszą treścią „Pasta, pronto!” nie jest jednak sam makaron, lecz sos. Mateo ma osobistą krucjatę przeciwko słoikom: „nie kupuj przetworzonego gówna” – mówi bez ceregieli. Zwraca uwagę, jak długo taki sos potrafi stać w lodówce i co to znaczy dla jego składu. Przypomina, że polska dieta jeszcze niedawno była oparta na gotowaniu w domu, na prostych, dobrych produktach. To dopiero zachodnie supermarkety i logika „nie mam czasu” wprowadziły do kuchni przetworzoną żywność, która jest szybka, ale pusta.
Jego odpowiedź jest bardzo prosta: jedz mniej, ale lepiej; gotuj sos sam, z kilku składników, które znasz z imienia i nazwiska; wybieraj lokalne warzywa, wspieraj rolników, którzy uprawiają bez chemii. Jakość można rozpoznać po ślimakach na sałacie i robakach w śliwkach z działki dziadka. To doświadczenie staje się argumentem na rzecz szacunku do produktu.
Social media: między furorą a higieną
Mateo nie ma złudzeń: bez social mediów jego kariera nie wyglądałaby tak samo. To dzięki nim makaron, który robił w kuchni, trafił na ekrany milionów ludzi; to one zamieniły go w Pastamana. Ale równocześnie ma wobec nich bardzo trzeźwe, momentami krytyczne spojrzenie.
Na początku - jak wielu - przejmował się liczbami, śledząc zasięgi z obsesyjną uwagą; dziś mówi, że robi, co chce, a jeśli algorytm „go nie lubi”, trudno. Woli stracić obserwujących niż gonić za czterosekundowym wideo, które nic nie znaczy. Social media są dla niego narzędziem: mają pomagać ludziom gotować prościej, a nie produkować kolejną warstwę szumu.
Jak żyć z algorytmem i nie zwariować?
Gdy pytam, co powiedziałby architektom i projektantom, którzy robią świetne rzeczy, a w sieci są niemal niewidoczni, jego odpowiedź jest bardzo konkretna. Po pierwsze: nie patrzeć na liczby. Lepiej mieć tysiąc zaangażowanych osób niż sto tysięcy widzów, którzy tylko przewijają. Po drugie: konsekwencja. Trzy posty w tygodniu, ale zawsze – zamiast jednego tygodnia pięciu, kolejnego dwóch, a potem ciszy.
Jego zdaniem publiczność powinna znać rytm, w jakim twórca się pojawia, żeby budować relację zamiast przypadkowych wyświetleń. Social media traktuje jak wizytówkę: ważną, ale nie jedyną. I używa ich tak, żeby nie stracić kontaktu z rzeczywistością. W restauracji nie lubi telefonów na stole, sam zdjęcia robi rzadko, tylko gdy coś naprawdę chce komuś pokazać. Na koncertach woli patrzeć na scenę zamiast na ekran, bo - jak mówi - większość ludzi nagrywa po to, żeby udowodnić, że „była na koncercie”, a nie po to, żeby go przeżyć.
Praca, wypalenie i ciało, które mówi „stop”
Za pastelowymi kadrami makaronu kryje się bardzo niefiltrowane tempo życia. Mateo nazywa siebie pracoholikiem: jest z Łodzi, „zawsze dużo pracował”, pierwszą sezonową pracę miał w wieku trzynastu lat, i do dziś ma odruch, żeby w kuchni być pierwszym i wychodzić ostatnim.
Śpi pięć–sześć godzin na dobę, w pracy wypija siedem–osiem kaw, organizuje eventy na tysiąc osób pięcioosobową ekipą, mierzy się z alergiami, papierologią, odpowiedzialnością za ludzi. Niedawno dowiedział się, że ma wysokie ciśnienie i wysoki cholesterol, chodzi na akupunkturę, bo jego ciało „jest jak kamień”. Śmierć ojca przed sześćdziesiątką stała się dla niego ważnym punktem odniesienia. Zaczyna pytać, czy warto się „zajechać” w pracy, jeśli ma się nie dożyć spokojnej starości. Mówi o tym bez patosu - raczej jak ktoś, kto dopiero uczy się pytać siebie o granice.
Wpływa to na rytm jego pracy. Bo w pewnym sensie Mateo projektuje – nie tylko dania, ale i własne życie. Dom na wsi, ogród pełen czosnku, rytuały pracy i odpoczynku. To próba znalezienia równowagi między potrzebą działania a koniecznością wyhamowania, między obecnością w sieci a potrzebą realnego kontaktu, między sukcesem a zachowaniem integralności.
„Pieniądze są ważne, ale to nie wszystko” – powtarza kilka razy. Ważne jest, z kim pracujesz, czego się uczysz, ile czasu masz dla siebie. I czy w tym całym hałasie informacyjnym jesteś jeszcze w stanie poczuć smak pomidora z lokalnego rynku, zapach cebuli z własnego ogrodu i miękkość ciasta, które wyrabiasz rękami.