Swetry, które śnią się po nocach. Pochwała cierpliwości według Kai Kotto
Paula Kozłowska, tworząca pod pseudonimem Kai Kotto, odnalazła swój cel w ekspresyjnym, rozmarzonym, ale i mozolnym rzemiośle. Nazywanie jej sztuki „swetrami” to nadmierne uproszczenie. To raczej osobne i nieporównywalne z niczym innym dzieła, utkane z literackich inspiracji, filmowych obrazów i niespiesznego rytmu rąk, które celebrują każdy ścieg i każde oczko.
Autor: DJ
Zdjęcia: Monika Mróz i Kacper Żywicki
Mimo że Paula nie prowadzi typowej marki, jej nietuzinkowa estetyka i zachwycające motywy przyciągają światowe gwiazdy. Swetry i kamizelki jej autorstwa nosili dotąd m.in. Harry Styles, Guglielmo Castelli i Ayo Edebiri.
Podczas tegorocznego festiwalu w Sundance aktorka Kaitlyn Dever wystąpiła na premierze filmu "See You Wgen I See You" w swetrze z motywem nocnego stolika, inspirowanym ilustracją Clementa Hurda z 1947 roku.
Ucięłyśmy sobie z Paulą krótką pogawędkę, z której dowiedzieć się można, co przekonało ją o tym, że ubrania mają moc, jakie filmy ogląda, co czerpie w mozolnego, wielogodzinnego procesu twórczego i jaką alternatywną drogę by wybrała, gdyby nie swetry.
Kiedy uświadomiłaś sobie, że ubrania mają moc?
Nie pamiętam konkretnego momentu w moim życiu, kiedy taka świadomość się pojawiła. Skanując w pamięci moje życie, wydaje mi się że przyjemność czerpana z wybierania ubioru (nie wiem na ile można to nazwać mocą, ale jakąś siłą na pewno) pokrywa się z przyjemnością z obcowania z pięknym przedmiotem w ogóle. Czyli na dosyć wczesnym, może jeszcze dziecięcym, etapie mojego życia.
Przychodzi to pewnie wraz z kształtowaniem się, pod wpływem tego co chłoniemy ze świata, naszej estetyki. To czym decydujemy otaczać się w codziennym życiu, jak wygląda nasza garderoba, stanowi kolejną sposobność by wyrazić samą siebie, wnieść odrobinę piękna czy ekscytacji do życia, tak samo jak czynią to literatura, sztuka, przyroda.
Co sprawiło, że poczułaś, że chcesz założyć własną markę?
Nie myślę o Kai Kotto jak o marce, choć zdaję sobie sprawę z braku dobrego określenia na moje niespieszne rzemieślnicze twórcze działania. To chyba odrębny żyjący własnym życiem ekosystem. Z braku lepszego słowa nazwijmy to projektem.
Moje dziewiarskie zapędy, potrzeba realizowania nowych kiełkujących we mnie pomysłów rozwijały się gdzieś samoistnie, a końcu ewoluowały w to czym teraz jest K Kotto.
Kto byłby Twoim wymarzonym klientem?
Zawsze miło mi na duszy kiedy wiem, że moje rzeczy noszą osoby dla których te ubrania coś znaczą, wywołują jakieś wspomnienie, wzruszenie, stanowią jakąś inspirację. Uwielbiam dowiadywać się, że dziewczyna z mieczem na koniu ze swetra się komuś przyśniła w galopie, albo że nad kimś czuwa, albo, że sweter ode mnie to najbardziej lubiana przez dziecko rzecz z garderoby rodzica, albo że ktoś włożył kaikottową kamizelkę w dniu własnego ślubu... Te wszystkie osoby to właśnie moi wymarzeni klienci.
Co Cię pociąga - w modzie i poza nią?
Och, całe mnóstwo rzeczy, zjawisk, wszelkie osobliwości... Uwielbiam wszystko to co ma w sobie jakiś mistycyzm, może trochę romantyzmu, co zanurzone w przeszłości i mniej lub bardziej owiane tajemniczością. I piękne połączenia kolorów! Folklor, ubiór historyczny, i ten chłopski i dworski, i z różnych zakątków świata.
Tropienie dawnych kontekstów i szukanie sposobów na przeniesienie ich do współczesności. Ostatnio weszłam w posiadanie cudownej książki "The First Book of Fashion", przeredagowanej wersji "Book of Clothes" - powstałego na zamówienie Matthäusa Schwarza katalogu portretującego jego outfity między rokiem 1520 a 1560. Uwielbiam tę książkę, przeglądam ją bez końca.
Od jakiegoś czasu, po odświeżeniu po kilkunastu latach lektury "Imienia Róży" mam obsesję na punkcie klasztorów, łącznie ze słuchaniem chorałów do snu i nabywaniem książek kulinarnych takich jak "Twelvve Months of Monastery Soups" albo "The Medieval Hermit's Cookbook". Z tych bardziej współczesnych pociąga mnie świat mody z końca lat 80/początku 90: eterycze magiczne projekty Romeo Gigliego albo wczesny Dries Van Noten (te kolory...)
Lubię wychwytywać szczegóły ubioru na dawnych obrazach: faktury, kształty, hafty, koronki. I bardzo ożywiam się dostrzegając piękne kostiumy w filmie. Tu rzadko mnie coś zachwyca, ale kiedy to już się stanie, myślę o tym potem całymi dniami, jak to było w przypadku dawnych filmów Greenway'a, albo w ekranizacji "Gormenghast'a" Mervyn'a Peake z 2000. Albo w "The Banshees Of Inisherin" a ostatnio w "Vermiglio" czy w "Hamnecie" z cudownymi kostiumami Małgosi Turzańskiej. Czasem sobie myślę, że gdybym nie robiła tych moich swetrów, chciałabym robić kostiumy do filmów.
Twoje działania przeczą pesymistycznej teorii, że współczesny świat mody może nie ma cierpliwości dla wolniejszego, rzemieślniczego tworzenia ubrań. Co sprawiło, że sama w to uwierzyłaś i że nie przestajesz w to wierzyć?
Chyba tylko to, że właśnie wyłamałam się spod jarzma "współczesnego świata mody" albo raczej nigdy w tym świecie nie byłam. Czyli wygląda na to, że wcale nie przeczę tej teorii.
We "współczesnym świecie mody" nie jestem w stanie funkcjonować ani działać zgodnie z jego wytycznymi. Znajduję piękno właśnie w tym archaicznym, absurdalnie powolnym procesie ręcznego wytwarzania każdej rzeczy. Siedzenia godzinami przy maszynie dziewiarskiej albo przy drutach, zszywania, haftowania, skrupulatnego pilnowania każdego oczka. A także wokół tworzenia jakiś historii wokół każdego nowego wzoru, dodawania do tego pewnej narracji, ot taka dodatkowa zabawa. Nie traktuje tego wszystkiego zbyt poważnie.
Do kontynuowania tego projektu siłę daje mi tylko uparte przypominanie sobie w momentach zwątpienia, jakie to wspaniałe uczucie mieć już przed sobą gotowy nowy sweter po tych długich godzinach, dniach, tygodniach pracy.