Chorwacka terra magica. Hotel z Kluczem Michelin w 3-osobowej miejscowości
Pomiędzy Adriatykiem, Słowenią i Włochami rozciąga się Istria - najbardziej na północ wysunięty region Chorwacji. Nazywana przez mieszkańców terra magica, czyli magiczną ziemią, urzeka sielskim krajobrazem: niekończącymi się winnicami i miasteczkami wznoszącymi się na wzgórzach, których historia sięga średniowiecza - takimi jak słynny Motovun, Grožnjan czy Buje. Wśród nich, w niepozornej wiosce Mužolini Donji, zamieszkanej przez zaledwie trzy osoby, znajduje się San Canzian - jeden z najbardziej wyjątkowych hoteli butikowych w Chorwacji.
Od momentu otwarcia w 2019 roku konsekwentnie redefiniuje pojęcie luksusu na Półwyspie Bałkańskim, co niedawno zostało przypieczętowane prestiżowym wyróżnieniem - Kluczem Michelin.
Otoczony gajami oliwnymi kompleks kamiennych domów harmonijnie wpisuje się w istryjski krajobraz - bez zbędnej ostentacji, za to z wyraźnym szacunkiem dla miejsca i jego historii. Zamiast wyburzać istniejącą zabudowę, architekci zdecydowali się na dialog z otoczeniem: zachowali pierwotną strukturę typową dla regionu, uzupełniając ją o nowe elementy. Tak powstała spójna, ponadczasowa całość, która sprawia wrażenie, jakby była tu od zawsze.
Wnętrza są minimalistyczne, a jednocześnie pełne ciepła. Prostota spotyka się tu z lokalnym rzemiosłem, a każdy detal ma swoje uzasadnienie. Kamień i drewno przeplatają się z subtelnymi metalowymi akcentami, a stonowana paleta barw powraca w tkaninach i dekoracjach, budując spójny, wyważony charakter przestrzeni.
Cały projekt został pomyślany tak, by w pełni wykorzystać potencjał otoczenia. Na szczególną uwagę zasługuje basen - usytuowany w sercu ogrodu, naturalnie staje się jego centrum. Wokół rozciągają się malownicze wzgórza Istrii i migoczący w oddali Adriatyk. Łatwo się domyślić, dlaczego to właśnie tutaj koncentruje się życie gości - w takim otoczeniu łatwo zapomnieć o codzienności.
W San Canzian natura nie kończy się na krajobrazie - przenika do codzienności. Warzywa uprawiane w ogrodzie trafiają bezpośrednio do restauracji Luciano, a rosnące wokół zioła pojawiają się w drobnych gestach - lniana sakiewka z lawendą czeka na poduszce przed snem lub zostaje wręczona gościom na pożegnanie.
Sama nazwa restauracji również ma osobisty wymiar - pochodzi od imienia jednego z mieszkańców wioski i sąsiada hotelu, pana Luciano. Można go czasem spotkać w okolicy, przemierzającego winnice traktorem w towarzystwie swoich nietypowych towarzyszek - kur. To właśnie równowaga między naturą a architekturą sprawia, że San Canzian bardziej przypomina prywatną rezydencję ukrytą wśród wzgórz niż klasyczny hotel.
Nie jest to przypadek. Jak wspomina jeden z właścicieli, Leopold Botteri, pomysł na to miejsce narodził się podczas poszukiwań działki pod wakacyjny dom. Odkrycie Mužolini Donji zmieniło wszystko - zamiast prywatnej posiadłości powstała przestrzeń będąca odzwierciedleniem ich wyobrażeń o tym, jak sami chcieliby być goszczeni.