„Największym zaskoczeniem była relacja z przestrzenią”. Seul oczami architektki – wywiad z Anną Lorenz
Zamierzała wyjechać do Francji, ale miłość zmieniła jej plany. Ostatecznie Anna Lorenz, architektka i współwłaścicielka studia projektowego MOKAA, wylądowała w Seulu. Poleciała tam w 2010 r. na Hanyang University w ramach wymiany studenckiej – a dziś opowiada nam o tym, jak ten niezwykły rok wpłynął na nią zarówno zawodowo, jak i prywatnie.
Jak to się stało, że wyjechałaś do Seulu? Czy to był plan, impuls, czy może coś, o czym marzyłaś, odkąd zaczęłaś studiować architekturę?
Dostałam się wcześniej na Erasmusa do Nantes we Francji, ale w tym samym czasie zaczęłam spotykać się z moim obecnym mężem. Wtedy szybko okazało się, że wyjazd do Francji byłby dla nas trudny, mój ówczesny przyszły mąż nie mówił po francusku, więc zaczęliśmy szukać alternatywy, która pozwoliłaby nam wyjechać razem.
W ten sposób pojawił się Seul. Wymiana bilateralna do Korei Południowej na Hanyang University była czymś kompletnie nieoczywistym, wręcz abstrakcyjnym. Ale jednocześnie fascynującym. Azja zawsze była dla mnie czymś nieodkrytym, a Seul kojarzył się z nowoczesnością, technologią i miastem przyszłości. I w pewnym momencie po prostu pomyślałam: dlaczego nie?
Wyjazd na rok do Korei Południowej to nie było wówczas coś oczywistego. Jak reagowało otoczenie – rodzina, uczelnia, znajomi? Czy ktoś mówił „po co tam jedziesz”?
Reakcje były mieszanką zaskoczenia i niepewności. Dla większości mojej rodziny Korea była zupełnie nieznanym kierunkiem, odległym i trudnym do wyobrażenia. Jedynie mój tata miał wcześniejsze doświadczenie z Azją i wrócił z niej bardzo pozytywnie nastawiony, co w pewien sposób oswajało ten pomysł.
Rodzina mojego męża była wręcz przekonana, że do wyjazdu nie dojdzie, bo zakładali, że moi rodzice się nie zgodzą. :) Ostatecznie, kiedy przeszliśmy całą rekrutację i zostaliśmy przyjęci, decyzja stała się bardzo naturalna. Wtedy nie było już odwrotu, była ciekawość i gotowość na doświadczenie czegoś zupełnie nowego.
Pamiętasz pierwsze godziny w Seulu? Pierwsze wyjście z lotniska, pierwszy widok miasta – co poczułaś?
Pierwsze godziny były intensywne i pełne chaosu. Przez opóźnienia i zmiany połączeń lecieliśmy przez Frankfurt i Tokio, więc do Seulu dotarliśmy w środku nocy, kompletnie zmęczeni.
Na lotnisku czekał na nas przedstawiciel uczelni z kartką „Hanyang University”. To był pierwszy moment ulgi. Ale prawdziwe zderzenie przyszło dopiero później – w mieszkaniu, do którego trafiliśmy, nie działało ogrzewanie. Był luty, a w środku było lodowato. Spaliśmy na materacach, bez pościeli, przykryci znalezioną w mieszkaniu folią. To była jedna z najgorszych nocy mojego życia. Nasze telefony nie działały, nie mieliśmy nawet możliwości, aby dać znać naszym rodzinom, że dolecieliśmy cali i zdrowi. Skończyło się na tym, że nasi rodzice dzwonili do polskiej ambasady w Korei Południowej z pytaniami, czy nasz samolot wylądował. Teraz wspominamy to z rozbawieniem, ale rozumiem, że wtedy było to ogromne przeżycie.
To była pierwsza noc w zupełnie nowym świecie – trudna, ale też bardzo pamiętna.
Jak wyglądało Twoje życie przez ten rok?
Nasza codzienność szybko zaczęła układać się wokół miasta. Początkowo mieliśmy mieszkać w osobnych akademikach, ale napisaliśmy do uczelni, że jesteśmy zaręczeni i bardzo zależy nam na wspólnym zakwaterowaniu. Ku naszemu zaskoczeniu dostaliśmy mieszkanie profesorskie.
W Seulu życie toczyło się na zewnątrz. Dom był przestrzenią prywatną, a czas spędzało się w mieście – w restauracjach, na ulicach, w metrze – całą dobę.
To było miasto, które nie zwalniało. 7-Eleven, street food, transport publiczny, delivery, wszystko działało płynnie i intensywnie. Wtedy wiele rzeczy, które dziś są dla nas oczywiste, tam już funkcjonowało jako standard.
Czy któreś miejsca szczególnie sobie upodobałaś?
Najbliższe były nam miejsca skrajnie różne. Hongdae to pełne energii, kultury ulicznej, muzyki, vintage, studentów i życia nocnego. Bardziej surowe, kreatywne, nieoczywiste. Bukchon i Ikseon-dong to zupełnie inny świat. Tradycyjny Seul, hanoki, spokojniejsze tempo, wąskie uliczki i herbaciarnie.
Seul był dla mnie miastem kontrastów, w którym różne warstwy funkcjonowały obok siebie bez próby ich ujednolicenia.
Koreańska kultura ma wiele reguł, które dla Europejczyka mogą być niewidoczne - hierarchia, kolektyw, rytm dnia. Kiedy – i czy – poczułaś, że zaczynasz je rozumieć?
Największym zaskoczeniem była dla mnie zupełnie inna relacja z przestrzenią prywatną. Dom nie był miejscem życia społecznego, był miejscem wyłącznie do spania. Wszystko działo się na zewnątrz.
Miasto funkcjonowało w trybie ciągłym. Jedzenie, spotkania, praca, wszystko odbywało się w przestrzeni publicznej. Transport publiczny był podstawą, a dostępność usług 24/7 była czymś oczywistym. Ogromnym szokiem była też skala technologiczna codzienności – delivery, convenience stores, infrastruktura, która wtedy w Polsce była jeszcze nie do wyobrażenia. McDonald’s dostarczany do domu wydawał się czymś absurdalnym, a jednocześnie fascynującym.
Hanyang University to jedna z czołowych uczelni architektonicznych w Azji. Czy tamtejsze podejście do projektowania różniło się od tego, które poznałaś w Polsce?
Praca była bardzo praktyczna i intensywna. Dużo zajęć terenowych, urbanistyki i analiz funkcjonalnych. Pamiętam zadanie, w którym mieliśmy przełożyć fragment baletu „Bolero” na architekturę. Zamiast literalnej interpretacji stworzyliśmy sekwencję rzutów i elewacji odpowiadających rytmowi muzyki i poszczególnym pozom tancerzy. To było dla mnie bardzo ważne doświadczenie, pokazujące, że architektura może być narracją, której nie trzeba traktować w pełni dosłownie.
Ogromny nacisk kładziono też na prezentację. Projekt nie istniał bez opowieści. Liczyło się nie tylko „co”, ale też „jak” o tym mówisz.
Jak wpłynęła na ciebie koreańska architektura? To ciekawy mix – tradycja hanok, modernizm lat 70.–80., i teraz architektura spektakularna, globalna.
Najbardziej uderzył mnie Seul jako miasto kontrastów. Nowoczesne wieżowce z ekranami LED funkcjonowały obok tradycyjnych hanoków, często w tej samej przestrzeni. Różne skale i języki architektury nie wykluczały się, tylko współistniały.
Drugim niezwykle ważnym doświadczeniem była dla mnie trójwymiarowość miasta.
Centra przesiadkowe metra były jednocześnie podziemnymi centrami handlowo-kulturalnymi. Funkcje, które nie potrzebowały światła dziennego, schodziły pod ziemię, uwalniając poziom ulicy dla pieszych, zieleni i życia miejskiego. To był bardzo świadomy model miasta operującego w wielu warstwach.
Czy był jakiś projekt, budynek, przestrzeń, którą zobaczyłaś w Seulu i pomyślałaś: tego mi brakowało w moim myśleniu o architekturze?
W moim życiu zawodowym są dwie osoby, którym szczególnie dużo zawdzięczam, jeśli chodzi o edukację i kształtowanie podejścia do architektury. Pierwszą z nich jest profesor Anna Kantarek z Politechniki Krakowskiej, a drugą profesor z Seulu: Knud Joshua Ehm. Każde z nich wniosło do mojego myślenia o projektowaniu coś bardzo konkretnego, ale też bardzo trwałego.
Od profesora z Seulu nauczyłam się przede wszystkim tego, żeby „cisnąć” projekt do samego końca, nie zatrzymywać się na pierwszym poprawnym rozwiązaniu, tylko szukać dalej, głębiej, odważniej. Żeby zawsze próbować znaleźć coś niestandardowego, coś, czego wcześniej nie robiłam. I co bardzo ważne, żeby w tym procesie nie tracić radości. Żeby pamiętać, że architektura to coś, co naprawdę lubię, co daje mi satysfakcję, nawet jeśli pracy jest bardzo dużo i tempo jest intensywne.
To podejście zostało ze mną do dziś. Ta kombinacja dyscypliny projektowej, konsekwencji i jednocześnie poczucia przyjemności z tworzenia stała się jednym z fundamentów mojego sposobu pracy.
Co ten rok zmienił w Twoim sposobie projektowania albo patrzenia na przestrzeń?
Wróciłam przede wszystkim z przekonaniem, że nie chcę pracować w dużym, korporacyjnym biurze architektonicznym. Doświadczenie pracy w S.A.M.O.O. pokazało mi, jak bardzo ograniczony może być wpływ jednostki na projekt. Praca była fragmentaryczna, rozproszona i mało sprawcza.
To był też moment, w którym bardzo jasno poczułam, że chcę stworzyć własne biuro, na własnych zasadach, w modelu, który jest bliższy moim wartościom.
A prywatnie? Jak ten rok Cię zmienił?
Ten rok bardzo mnie otworzył. Dał mi pewność siebie, swobodę prezentacji i większą wiarę w to, co robię. Nauczył mnie też radości z projektowania, traktowania architektury nie tylko jako pracy, ale jako procesu, który może być satysfakcjonujący i inspirujący.
Był moment, kiedy myślałaś: a może zostać?
Na początku bardzo chciałam zostać. Przez pierwsze miesiące naprawdę rozważałam życie w Seulu. Zmieniło się to, kiedy zobaczyłam realia pracy w dużym biurze architektonicznym. Intensywność, nocne godziny pracy i skala presji sprawiły, że zrozumiałam, iż nie jest to model życia, w którym chcę funkcjonować.
Równie ważne było poczucie odcięcia od miasta – pracy w wieżowcu, trochę „nad” rzeczywistością, zamiast w jej środku.
Patrzysz teraz na polskie miasta jako architektka z doświadczeniem Seulu. Co widzisz inaczej niż przed wyjazdem? Co w Polsce Cię wciąż frustruje, a co teraz doceniasz bardziej?
Najbardziej inspirujące jest dla mnie podejście do przestrzeni wielowarstwowej. Podziemne funkcje miasta, oddanie poziomu zero pieszym, zieleni i życiu społecznemu, to coś, co mogłoby być szerzej stosowane. W Seulu już 15 lat temu demontowano wiadukty, żeby oddać przestrzeń ludziom, podczas gdy w Polsce dominowało myślenie infrastrukturalne oparte na samochodach.
Bardzo inspirujące było też traktowanie infrastruktury jako przestrzeni społecznej: mosty z kawiarniami, punktami widokowymi, miejscami spotkań.
Czy ta historia pojawia się w rozmowach z klientami? I czy ma dla nich jakieś znaczenie?
Tak, czasem pojawia się w rozmowach, szczególnie na początku współpracy. Dla wielu klientów jest to ciekawy i nietypowy element mojej historii, który pokazuje inne podejście do architektury i życia.
Dziękujemy za tę inspirującą rozmowę!
MOKAA to pracownia, która od 2012 roku tworzy przestrzenie definiujące współczesny luksus. Z siedzibami w Krakowie, Warszawie i Londynie oraz zespołem architektów i projektantów wnętrz, łączy kreatywność z perfekcyjną funkcjonalnością, aby kreować miejsca, które inspirują i podnoszą jakość codziennego życia. Językiem pracowni jest quiet luxury – luksus wyrażony poprzez szlachetne materiały, dopracowane detale i najwyższą jakość realizacji.